Andrzej 'Jejuś' Łomiński

 

Nazywam się Andrzej Łomiński, rocznik '64, zodiakalny baran. Nieoficjalnie Jejuś (tak nazywałem siebie kiedy nie potrafiłem wypowiedzieć zdrobniale Andrzejuś).

Mieszkam w Kwidzynie (woj pomorskie, kraina powiślańska). W modelarstwo bawiłem się już w podstawówce. Pamiętam kilometry nawinięte na nogi w poszukiwaniu każdego nowego numeru "Małego Modelarza". A wszystko to w Płocku - mieście mojego słodkiego PRLowskiego dzieciństwa. Modelarstwo wiązałem nawet z edukacją. Któregoś dnia odpalałem w ramach lekcji przyrody (temat - silniki spalinowe) radzieckiego Rytma 2,5ccm (w klasie!) doprowadzając do zbiorowej histerii. Innym razem na zajęciach praktycznych wykonałem kartonowy model sylwetkowy myśliwca z II ww mojego projektu, co bardzo spodobało się Pani, której nazwiska niestety nie pamiętam za co serdecznie przepraszam. Później była modelarnia w MOK gdzie produkowałem szkolne szybowce. Pamiętam, zrobiłem wicherka 10, który nie wiem dlaczego nie chciał latać ( w locie swobodnym oczywiście) co doprowadziło mnie do depresji. Latał natomiast rewelacyjnie Perkoz na uwięzi napędzany MK-17. Cóż z tego, kiedy zarąbali mi go z hangaru płockiego aeroklubu, gdzie go schowałem żeby po raz pierwszy w życiu polecieć samolotem (zabrał mnie na pokład holownik szybowców, był to chyba Gawron albo Jak). Przyszedłem do domu mokry od łez i zdeptany jako modelarz. Starych nie było stać na następny silnik, a z resztą pewnie by kupili gdybym tylko odpowiednio napierał. Coś jeszcze dłubałem, ale najwięcej w kartonie.


Później rodzice stwierdzili że Płocka Petrochemia truje ludzi i przyjechaliśmy do Kwidzyna gdzie Celuloza podobno nie truje (ha,ha,ha - przyp. redakcji). Tu postanowiłem brnąć w lotnictwo poważniej i zapisałem się na szkolenie szybowcowe w Lisich Kątach. Zrobiłem III klasę i przyszedł stan wojenny gdzie moje latanie się skończyło z powodu rzekomych powiązań solidarnościowych mojej rodziny (superparanoja). Później do latania na krótko wróciłem, ale z powodu mojej anarchistycznej natury i braku tolerancji dla niskiego poziomu pedagogicznego instruktorów zarzuciłem tą zabawę uznając ją za niebezpieczną dla mnie w tym okresie mojego życia . Zresztą już wtedy bliższa chyba mi była muzyka, której namiętnie słuchałem i próbowałem wykonywać na gitarze. Później nastąpił długi okres fascynacji motocyklami ciężkimi (kiedy pierwszy raz zobaczyłem zbuntowanych chłopaków na Junakach brzmienie ich silników nierozerwalnie wiązałem z pracą gwiazdowego silnika lotniczego i to powaliło mnie na kolana). Przerabiałem więc Junaki i ruskie Mki na choopery i inne "wydumki". Zacząłem grać w bluesowej kapeli i szło nam nieźle tzn. mieliśmy swoją publikę. Przyszedł jednak kryzys zespołu, nie poradziliśmy sobie z tym i muzykowanie prawie równolegle z motocyklami poszła w odstawkę.


Dalej moja kariera hobbystyczna przebiegła wartko. Zafascynowała mnie deska surfingowa i kiedy zacząłem robić postępy dostałem od forsowania się przy silnym wietrze przepuklinę pachwinową. Musiałem ją operować (dobrze że kroił mnie szwagier Zbyszek, przeszedłem to w miarę bezstresowo) i kiedy nastąpił okres gojenia ran pooperacyjnych (tego samego roku) wpadłem na pomysł latania na glajtach. Nie dane jednak mi było dokończyć dzieła, bo podczas jednego ze startów pogruchotałem staw skokowy i znów wróciłem do szpitala, tym razem na ortopedię. W tych okolicznościach stwierdziłem, że trzeba spróbować się z modelarstwem RC i to powinno być w miarę bezpieczne (jeżdżę jeszcze na nartach i trochę wisiałem na linie alp. ale na tym polu brak przykrych doświadczeń). I tak oto mija dwa lata jak wróciłem na łono korzennego hobby i jak na razie łamię wprawdzie modele, ale ja wychodzę przynajmniej z tego cało (poza małymi skazami na psychice). Lubię duże modele i jeśli bozia da to będę robił coraz większe. Zawsze lubiłem duże rzeczy (motocykle, samochody, wzmacniacz Marshalla na którym grałem też był duży). Może dlatego że sam nie wykazuję dużych rozmiarów (mówimy o wzroście oczywiście).


Zakochałem się za dzieciaka w aromacie spalin modelarskich silników, atmosferze modelarni, całym tym mikrokosmosie opartym na marzeniach, z których jak widzę po prostu nie wyrosłem.
Jejuś